czwartek, 19 marca 2009

Nie jestem przesądana !

Byłam  w Polsce i wróciłam.....miesiąc temu w momencie w ktorym bookowalismy bliety okazało sie, że najkorzystniejsza cene biletu mam kiedy polece 9-tego marca a wróce 13-tego. Trzynasty wypadal w piątek, ale ja przesadna NIE JESTEM ! Bilet kupłam jak postanowiłam.
Cały wyjazd przebiegał pomyslnie. Udało mi sie jak zawsze "zaliczyc" zestaw obowiazkowy emigrantki - dentystę (w moim wypadku ortodontkę), kosmetyczkę, solarium, bo tu słońca brak, fryzjera + tym razem mały bonusik (bo byłam bardzo krótko) w formie badań tarczycy - sama  sobie je zafundowaam, na dr Leonarda liczyc i tak nie mogę i bardzo jestem kontenta, bo wszystko w idealnym porządeczku :)
Należe do grupy pacjentow, ktorzy lubią co jakis czas się z wasnej inicjatywy przebadac.

...wstałam rano w piatek i poszłam na ostatne małe zakupy do pobliskiego centrum handlowego zawnego Hala Górecą. Chciałam jeszcze przy okazji wyciagnac z bankomatu troszke polskiej gotowki, zeby móc na lotnisku kupic gazety i cos do picia na podróż.
Procedura jak zwykle: wkładam karte, wbijam pin, wybieram kwote - 100 pln po chwili "namysłu" bankomat oddaje mi karte i czekam na kase...i czekam, i czekam, i czekam ..i sie nie doczekałam.
...matko i co teraz??, odejsc - moze "wypluje" moje pieniadze za chwilę?...ale ile moge czekac? Bankomat był przy banku. Weszlam tam i  jakas pani poinformowala mnie, że nie może mi udzielic żadnych informacji, bo karta jest irlandzka i ze jak wróce do Ire to powinnam w moim banku złożyc reklamację i ze od niej - czyli pani z polskiego banku- nie dostane żadnego, nawet najmniejszego potwierdzenia na pismie, ze miałam jakies klopoty...oraz z rozbrajając szczeroscią dodała, ze im sie takie sytułacje zdarzją, ale ze zwykle sprawa  się wyjasnia!
Na szczescie moja sytułacja zainteresowal sie roznież inny pracownik rzeczonego banku, ktory zadzwonił gdzie trzeba i sprawdzil, ze podobno bankomat  "nie odczytał" czipa z mojej karty i wszsytko jest w porzadku i żadna kasa nie została sciagnieta z konta (tak naprawde to sie na pewno okaże dopiero jak dojda wyciagi :( Niby chodzilo  "tylko" o 100 zlotych, ale jak powszechnie wiadomo nawet "marne" sto zlotych pieszo nie chodzi a jak sobie przypomnę jaka gotowkę czasmi wyciagałam z tego bankomatu to aż mnie zmroiło.

Niezrazona tym drobnym:) incydentem pomknełam dalej. A wieczorem na lotnisko bardzo sie ucieszyłam, bo jakimś cudem udało mi sie bez zadnych extra dopłat za nadbagaż przemknac przez wszystkie bramki  a nadbagażu było w sumie chyba cos z  7 kg, bo i bigos i schabowe, przyprawy Knorra, mydło w płynie Nivea, szampony, lekarstwa (Aspiryna, tabletki antyalergiczne, wiesiołek), herbata  z melisa, smietana  w proszku, krakowska podwędzana, chleb polski, serki topione, galaretka pomarańczowa na prawdziwej żelatynie, Finlandia Grapefruitowa, ozdoby na Wielkanoc, rzeżucha.... slowem wszystko co tutaj jest zupelnie niedostepne, albo ma taka cene, ze nas na takie rarytasy po prostu nie stac....oraz legalna ilosc 4 kartonów Marlboro, ktore sprzedane tutaj powoduja, ze bilet mam własciwie za darmo.
Nerwy na lotnisku mnie kiedyś do grobu wprowadza, bo to zawsze mega  stres i wielka loteria:
-przekazywane sobie przez wspołpasażerow w kolejce do odprawy informacje, ktory celnik czego sie czepia a który na nadprogramowe 2 kg przymknie oko
-pani celniczka, ktora dociekliwie mnie sprawda, ponieważ wyczuła jakiś drobny koralik na mojej bieliznie pod koszulka i nie wie czy to tylko aplikacja na Triumph-ie:) czy czeski plastik :)
-obiecywanie celnikowi, ze sosem tatarskim "Pegaz" na pewno nie zaatakuje pilota
-tłumaczenie się ze bramka przy przejsciu dzwoni jak szalona kiedy przez nia przechodze, bo mam metalowy aparat na zebach i mimo szczerych checi go nie zdejme:)
W koncu przeszłam, z usmiechem na ustach weszam jak Pudzian do samolotu udając, ze bagaż podręczny, który przepisowo powinien wazyc max 10 kg a waży conajmniej 15 wogole mi nie ciazy. Poprosiłam kogoś, żeby mi pomogł podnieśc torbe do luku - sama nigdy bym nie dała rady, usiadlam w fotel, panie stewardesy jak zawsze opowiedzialy nam co robic gdybysmy zaczęli spadac do oceanu, zapiełam pasy, napisalam do L sms-a, ze wlasnie ruszamy, wylaczylam komórke, wyciagnęłam swieży "Przekrój" ...samolot zakołował na pas startowy...i NIE RUSZYLISMY !
Po 10 minutach przemowil, do nas pan pilot, ze sie zrobilam mgla i na razie nie mamy zezwolenia z wiezy na start. Tak sobie posiedzielismy dobre 2,5 h w samolocie az koncu definitywnie ktos zadecydowal, ze nie polecimy. Wtedy zmeczone i lekko rozespane (byl srodek nocy ), czasmi z dziecmi na rekach a zawsze z olbrzymimi bagazami jakies 180 osob ruszylo do malego (jak na poczcie) okienka gdzie jedna, jedynaca pani do bialego rana pasazer po pasazerze przebookowywala nam bilety na kolejne wolne terminy. Mi trafil sie lot w poniedzialek wieczorem.
Skutki: w poniedzialek rano nie odebralam "kuroniwoki", we wtorek byl sw. Patryk i kto żyw po paradzie pił w pubach, w środę złożyłam w stosownym urzedzie głębokie, pisemne wyjasnienie dlaczego to mnie nie było i w regulaminowym czasie nie stawiałam sie na irlandzkiej poczcie po cotygodniowa kasę. Wyjaśnienie niniejsze poprałam kopiami biletow, zaświadczeniem z Portu Lotniczego Ławica na temat złego stanu pogody w piatek 13 marca Anno Domini 2009 i kopiami przebookowanego biletu.
Nigdy wiecej już nie kupię biletu na taką pechową datę ! Wole dopłacic !

3 komentarze:

  1. Coś Co Roza zjadło końcówki w końcówce!

    OdpowiedzUsuń
  2. Masz bankowość internetową, wiec możesz sprawdzić stan konta ;-)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Roza,nie badz przesadna :-)

    OdpowiedzUsuń